Tuż przy granicy z Białorusią, 6 km od przejścia granicznego w Bobrownikach, nad rzeczką Kołodzieżanką, będącą lewym dopływem Świsłoczy, leży wieś Wierobie. Powstała w połowie XVI stulecia podczas kolonizacji Puszczy Jałowieckiej i nazwano ją wtenczas Worobieje. W miarę upływu lat puszcza rzedła, w miejsce leśnej gęstwiny poczęły pojawiać się uprawne poletka, przy których wyrastały nowe osady. Trzeba było połączyć je leśnymi traktami. Niektóre z nich pobiegły dalej, do odległych miast. Dwa takie trakty skrzyżowały się w Worobiejach. Jeden połączył Białystok z Wołkowyskiem, drugi biegł z Grodna przez Krynki i Jałówkę do Brześcia. Ciągnęły nimi wozy wyładowane różnorodnymi towarami, często na tym skrzyżowaniu zatrzymując się. Wieś więc się rozrosła, by po pewnym czasie stać się zaściankiem szlacheckim. Jeden z zagrodowych szlachciców zbudował karczmę przy drodze, biegnącej nad Kołodzieżanką, i wydzierżawił ją żydowskiemu karczmarzowi. Odtąd mogli już wozacy zatrzymać się w Worobiejach, żeby odpocząć, coś zjeść i coś wypić, a tym samym zostawić w karczmie trochę pieniędzy.

Siedziba dworska w Wierobiach

Zaścianek szlachecki Worobieje, który zmienił później nazwę na Wierobie, zamieszkiwali szlachcice zagrodowi o nazwiskach Bielawski, Szostakowski, Wróblewski, Ignatowicz, Ejsmont, Apuniewicz, Kuprianowicz, Karwel. Niektóre z tych nazwisk noszą również współcześni mieszkańcy tej wsi. Ich siedziby były bardzo skromne, niewiele różniły się od chłopskich chat. Jedynie ganki, mające przypominać dworskie portyki, wyróżniały je spośród innych zabudowań.

Gdy wybuchło Powstanie Styczniowe, mieszkańcy Wierobii, zarówno z rodowodem szlacheckim, jak i pośledni włościanie, jeśli sami nie wzięli w nim udziału, to wspierali czym się dało powstańców, którzy w pobliżu ich miejscowości toczyli krwawe boje z rosyjskim wojskiem. Dla ich upamiętnienia postawiono we wsi wielki głaz i umieszczono na nim mosiężną tablicę ze słowami: WOLNOŚĆ, RÓWNOŚĆ, NIEPODLEGŁOŚĆ, mówiącymi, o jakie cele powstańcy walczyli.

Podczas I i II wojny światowej zabudowania wiejskie w większości zostały zniszczone. Nie ostały się także mini-dworki szlachty zagrodowej. Nie mniej w Wierobiach zabytkowy dwór istnieje. 

Dwór od frontu

Stało się to za sprawą profesora Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku, Wojciecha Sobańca. Wypatrzył go w Stoku, wsi leżącej koło Korycina. Zbudowany tam został w drugiej połowie XIX wieku przez Floriana Zarzeckiego. Jego spadkobiercy mieszkali w nim jeszcze w drugiej połowie XX stulecia, a potem stał opuszczony i niszczał. 

Elewacja ogrodowa i boczna

Profesor kupił ten zdewastowany dwór w 2010 roku, przewiózł go w częściach do Wierobii, gdzie na nabytej 10 lat wcześniej posesji podlascy cieśle złożyli go, oszalowali modrzewiowymi deskami i pokryli wysokim, dwuspadowym dachem z naczółkami, na którym ułożyli ceramiczną dachówkę. Przed pięcioosiową elewacją frontową postawili malowniczy portyk, z czterema wyciosanymi z drewna filarami, dźwigającymi trójkątny naczółek przebity półkolistym okulusem.

Portyk

Dzisiaj spod portyku drzwi wejściowe prowadzą do przestronnej sieni, do której z jednej strony przylega salonik ogrzewany secesyjnym piecem kaflowym, z drugiej zaś - jadalnia i kuchnia wyposażona w tradycyjny piec kuchenny i wędzarnię. Wewnętrznymi schodami można dostać się na mieszkalne poddasze, gdzie znalazły się pokoje sypialne. 

   
 Salo nik
Jadalnia

We wszystkich pomieszczeniach dominują meble secesyjne, bowiem zarówno profesor, jak i jego małżonka, Henryka Sobaniec, doktor nauk medycznych, są miłośnikami secesji i od wielu lat kolekcjonują meble i dzieła sztuki wykonane w tym stylu.

  Secesyjne meble  

Profesor Wojciech Sobaniec skompletował w Wierobiach szereg budynków gospodarczych, typowych dla zespołu dworskiego. Mamy więc tutaj koniusznię, a w niej zabytkowe już młockarnie i wialnie, wiatrak typu holenderskiego z całym wyposażeniem, którego nie powstydziłoby się żadne muzeum młynarstwa, a w którym znajduje się również galeria z XIX-wiecznymi witrażami, zatytułowana "Chwalmy Pana". 

Koniusznia Młocarnia
 Holenderski wiatrak
Kuźnia Kowalskie narzędzia

Jest kuźnia, nie tylko z paleniskiem, miechem i kowadłem, ale i z takim zestawem narzędzi, których dzisiaj już nie zobaczymy w rękach współczesnych kowali. Jest świronek, czyli spichlerzyk, mieszczący kompletny warsztat tkacki.

Świronek Warsztat tkacki

Inny zaś spichlerz, znacznie starszy, dwustuletni, został przekształcony w dworską kapliczkę pod wezwaniem Matki Boskiej Zielnej i konsekrowaną przez metropolitę białostockiego, arcybiskupa Edwarda Ozorowskiego w święto Matki Boskiej Zielnej - 15 sierpnia 2012 roku. Odprawiane są w niej nabożeństwa majowe, a szczególnie uroczysta jest msza w dniu Patronki tego miejsca. W kapliczce mają też swoje przytulisko stare, znoszone przez mieszkańców okolicznych wiosek obrazy Matki Boskiej Częstochowskiej, Ostrobramskiej czy Kalwaryjskiej.

Kapliczka p.w. Matki Boskiej Zielnej

Te przedmioty, które nie zmieściły się w zabudowaniach gospodarczych, znalazły miejsce obok nich. Są tam tradycyjne narzędzia rolnicze, stare sanie, powozy, kieraty, koła młyńskie, żarna. Chociaż jest ich mnóstwo, nie sprawiają wrażenia natłoku. Zresztą cała ta siedziba dworska tchnie spokojem, ciszą i jakąś kresową atmosferą. Uroku dodaje jej pejzaż najbliższej okolicy: niewielka rzeczka meandrująca wśród podmokłych łąk, na które wiosną zlatują stada żurawi, niewysokie wzgórza porośnięte młodnikami, bagniste oczka wodne otoczone szuwarami. 

Wieczorową porą

Profesor Sobaniec, zapewne za sprawą swojego ojca, Stefana Sobańca, doktora filozofii i historii, wykładowcy na Uniwersytecie Wileńskim, szukał niegdyś tej kresowej atmosfery, wędrując pieszo i spływając rzekami po Ukrainie, Litwie i Białorusi, po dawnych Kresach Wschodnich Rzeczypospolitej. A odnalazł ją tutaj, w Wierobiach, na kresach wschodnich współczesnej Polski.